1

Dawno, dawno temu była osada, która nie miała nazwy. Położona była w środku Puszczy Wkrzańskiej. Żył w niej Hrabia von Abel ze swoją żoną Martą.

Pewnego razu hrabia zaprosił gości na polowanie. Nakazał swojemu sokolnikowi młodemu Fabianowi, przygotować najlepszego sokoła do łowów. Po przybyciu gości, najpierw odbyło się przyjęcie, a potem uczestnicy wsiedli na konie i kazali swoim sokolnikom wypuścić sokoły. Wszyscy ruszyli w puszczę na polowanie.

Po powrocie z polowania okazało się, że nie wrócił hrabia. Bardzo zaniepokojeni goście szukali von Abla, ale go nie znaleźli. Sokolnik Fabian, wpadł na genialny pomysł i wypuścił najbardziej oswojonego sokoła na poszukiwania hrabiego. Sokół latał na puszczą dopóki nie wypatrzył von Abla. Niestety zobaczył też w oddali wilki, które zbliżały się do leżącego na ziemi rannego hrabiego. Sokół jak najszybciej poleciał do Fabiana i pokazywał swoimi ruchami, że jest bardzo zaniepokojony. Sokolnik znając swojego sokoła wiedział, że musiał zobaczyć coś bardzo zatrważającego i że natychmiast trzeba za nim ruszać. Wraz z kilkoma myśliwymi wsiedli na konie i pognali za sokołem. Gdy dotarli do von Abla, otaczały go już wilki. Myśliwi zaczęli do nich strzelać, ratując w ten sposób życie hrabiego. Goście i ranny hrabia wrócili na dwór. Wtedy von Abel zapytał, kto wysłał sokoła ponieważ widział, jak nad nim krążył. Sokolnik oznajmił, że to on puścił najbardziej oswojonego i mądrego ptaka, żeby przeszukał puszczę. Bardzo uradowany Hrabia von Abel za to, że Fabian uratował mu życie, pozwolił mu nazwać miejsce, w którym mieszkają. Zachwycony młodzieniec nazwał osadę Sokolim Lasem (Falkenwalde) na cześć sokoła, który uratował życie hrabiemu.

Do dzisiejszego dnia, nad Puszczą Wkrzańską można zauważyć latające sokoły, które mają tu bardzo dobre warunki do życia, a tu i ówdzie można znaleźć ślady wilków, tylko po dworze hrabiego nie pozostał już nawet jeden kamień.

 

Legendę opracowała

1 Tanowska Drużyna Harcerska "Sokoły"

Niedaleko wsi Tanowo płynie mała rzeczka o nazwie Gunica.

Dawno, dawno temu, ta rzeczka była dosyć dużą rzeką ze stromymi klifami. Równie dawno temu, na terenach dzisiejszego Tanowa żył sobie prosty człowiek, który nazywał się Jan Gunica. Mieszkał w małym drewnianym domu ze swoją żoną i psem. Któregoś pięknego dnia Jan Gunica kopał rów na pobliskim polu. Po paru godzinach kopania, gdy właśnie miał zrobić sobie przerwę, uderzył łopatą w coś ciężkiego. Zaczął grzebać w ziemi i już po chwili miał w rękach dużą, złotą monetę. Na monecie była wyryta mapa. Gunica nie wiedział co ma zrobić: czy powiedzieć żonie o monecie, czy iść tam, gdzie pokazuje mapa. Postanowił jednak pójść ale najpierw musiał się solidnie przygotować, by wyruszyć i znaleźć coś, co było ukryte na końcu tej mapy.

Minęło parę dobrych miesięcy nim Jan znalazł skarb. Było to kilkanaście ogromnych skrzyń wypełnionych po brzegi złotem i kosztownościami. Znalazca skarbu zabrał tyle kosztowności, ile był w stanie unieść i wrócił do domu. Po resztę skarbu przysłał wynajętych ludzi. Gdy cały skarb znalazł się w domu Gunicy, dowiedział się o nim pewien bardzo bogaty i chciwy mężczyzna, który postanowił ukraść to złoto. Gunica jednak był sprytniejszy i schował go w bezpieczne miejsce, do którego narysował mapę. I o tym jednak dowiedział się chciwiec. Ukradł mapę Janowi i zaczął uciekać w stronę rzeki ze stromymi klifami. Okradziony Gunica po chwili gonitwy dopadł złego mężczyznę i zaczęli się szarpać. Podczas szamotaniny złodziej spadł ze stromego klifu na kamienie i zginął na miejscu. To sprawiło, że Gunica uświadomił sobie, iż skarb jest zbyt dużą pokusą, więc postanowił go rozdać po równo wszystkim mieszkańcom pobliskich wsi. Tak też uczynił.

Obdarowani ludzie po otrzymaniu złota i zapoznaniu się z historią o bogatym chciwym człowieku, postanowili nadać rzece nazwę Gunica na cześć Jana Gunicy. Chcieli aby czyn jakiego dokonał został w pamięci ludzi na zawsze, nawet po ich śmierci.

Z biegiem czasu  ogromna rzeka stała się małym strumykiem, ale nazwa pozostała do dziś. Mówi się także o tym, iż ten, kto wykąpie się w wodach Gunicy, na zawsze pozbędzie się chciwości  i zawiści.

 

Legendę opracowała

1 Tanowska Drużyna Harcerska "Sokoły"

Nie tak dawno temu, w miejscowości zwanej Tanowo, żyli Mateusz i Elżbieta. Nie wiodło im się zbyt dobrze. Pole uprawne dawało grosze. Pracowity gospodarz robił więc, co mógł, by wyżywić rodzinę. Na szczęście oprócz kawałka ziemi, Mateusz miał jeszcze coś - niesamowity talent. Jego ręce potrafiły wyczarować cuda z drewna. Cudownie zdobione szafy, eleganckie stoły, smukłe krzesła, półeczki, drewniane łyżki – wszystko, co wychodziło z jego rąk, budziło westchnienie zachwytu.

Czemu więc był biedny? Cóż, Mateusz nie miał żyłki do robienia interesów. Żal mu było sąsiadów, którzy pracowali tak ciężko, zazwyczaj więc brał od nich grosze za swoją pracę. Często zdarzało się, że zamiast pieniędzy dostawał to, co akurat obrodziło – worek zboża, koszyk jajek. To było miłe, ale pieniędzy ciągle brakowało. Elżbieta czasem złościła się na Mateusza, kochała w nim jednak najbardziej właśnie to dobre serce, cóż więc mogła zrobić?

Pewnego dnia w drodze z miasta do domu Mateusz spotkał kilku znajomych, którzy wieźli na wózku tłuściutkiego prosiaka. Bardzo ucieszyli się na widok swojego zdolnego sąsiada. Okazało się, że prosię jest właśnie dla niego. Zdziwiony Mateusz nie pamiętał, żeby ostatnio coś dla kogoś robił. Jego dzieci trochę chorowały, potem były święta, więc nie miał czasu nawet zejść do swojego warsztatu.

- To od Roberta i innych wdzięcznych Ci za meble osób – wyjaśnili w końcu sąsiedzi. Robert był przyjacielem Mateusza od zawsze. Wiodło mu się jednak jeszcze gorzej niż Mateuszowi, więc często korzystał z oferowanej przez Mateusza pomocy. Okazało się, że Robert bardzo się martwił tym, że nie może zapłacić za stół, który Mateusz zrobił dla jego rodziny. Przy tym stole spędzili cudowną Wigilię i piękne święta. Postanowił więc porozmawiać z sąsiadami i wspólnie uradzili, że skoro każdy ma u zdolnego cieśli dług, to spróbują wspólnie go spłacić robiąc Mateuszowi przyjemną niespodziankę.

- Oto twój prosiak. Elżbieta z pewnością zrobi z niego coś pysznego – powiedzieli i za chwilę już ich nie było. Mateusz osłupiały patrzył chwilę na oddalające się sylwetki. Takiej zapłaty za swoją pracę jeszcze nigdy nie dostał. – To wpadnijcie w niedzielę na obiad! – krzyknął jeszcze i wszedł do domu.

Elżbieta, gdy dowiedziała się o prezencie od Roberta i sąsiadów, była bardzo szczęśliwa. Od razu zabrała się do pracy. Wiedziała, co zrobi na niedzielny obiad. Mateusz uwielbiał golonkę, a ona była mistrzynią w jej przyrządzaniu. Sprawnie podzieliła mięso na porcje, a po kilku godzinach cały dom wypełnił się apetycznymi zapachami. Smażenie, pieczenie i wędzenie trwało aż do niedzieli.

Kiedy zasiedli do świątecznego niedzielnego obiadu, Mateuszowi śmiały się oczy. Już tak dawno nie jadł golonki. Właśnie zabierał się do krojenia, kiedy usłyszał stukanie do drzwi.

- Kto to może być? – spytała Elżbieta.

- To chyba chłopaki – wyszeptał Mateusz.

- Chłopaki? – Elżbieta bezradnie patrzyła na półmisek z golonką. Było jej wprawdzie sporo, ale nakarmić tym gości??!!

- Zapomniałem ci powiedzieć, że ich zaprosiłem – wyjąkał nieśmiało Mateusz.

Goście byli już w progu. Elżbieta gorąco ich przepraszała za skromny poczęstunek, okazało się jednak, że golonka rozpływa się w ustach. Była tak pyszna, że zachwytom nie było końca. Obiad upłynął w radosnej atmosferze, a nazajutrz z ust do ust podawano sobie tylko jedna nowinę: nikt nie potrafi przyrządzić golonki tak, jak Elżbieta.

Od tego czasu, co kilka dni, ktoś przychodził do Elżbiety i prosił, żeby zajęła się przyrządzeniem jego mięsa. Sława o kunszcie rozchodziła się coraz szerzej. Przyjeżdżali do niej ludzie z okolicznych wsi, a nawet z Polic. A kiedy odwiedzili Elżbietę nawet wielbiciele golonki ze Szczecina, Mateusz zdradził jej swój pomysł.

- Kochanie, skoro ostatnio i tak zajmujesz się prawie tylko gotowaniem, to spróbujmy sprzedawać ten Twój cud.

Elżbieta wahała się tyko chwilę, postanowili jednak zaryzykować. I w ten sposób, w dziwnym wysokim domku w samym środku Tanowa, powstał lokal ,,Uni-Bar Zacisze”,  gdzie sprzedawano najlepsze golonki w całej okolicy (kto wie, czy nie najlepsze w województwie). Okazało się, że oprócz talentu kulinarnego Elżbiecie całkiem dobrze idzie prowadzenie interesu. Czasy biedy minęły, a golonki sprzedawane z uśmiechem - rozsławiły Tanowo na całą okolicę.

Dziś na miejscu dawnego lokalu jest budynek mieszkalny. Nikt już nie przyrządza w nim cudownej, rozpływającej się w ustach aromatycznej golonki, ale pamięć o niej przetrwała całe lata i, mam nadzieję, nie zniknie.

Jak spytacie ludzi w Szczecinie, czy w Policach, z czym kojarzy im się Tanowo – odpowiedzą, że z golonkami i grzybami

Legendę opracowała

1 Tanowska Drużyna Harcerska "Sokoły"

ZAGUBIONY CHŁOPIEC

Dawno temu, przed dwustu laty w wiosce Falkenwalde zwanej dziś Tanowem żył ubogi chłopiec. Rodzice dali mu na imię Johan. W roku 2016 w Tanowie wołalibyśmy na niego Janek. Mając 10 lat chłopiec dobrze wiedział, czym są głód, zimno i bieda. Rodzice z całych sił starali się dbać o dzieci. Janek pomagał jak mógł: sprzątał u sąsiadów na podwórkach, grabił liście i pracował przy żniwach. Ludzie chętnie przyjmowali jego pomoc, bo był wesoły i uczciwy. Często pomagał sąsiadom równie biednym jak on sam nie oczekując zapłaty. Wszyscy wiedzieli, że na Janku można polegać.

Chłopiec przestawał się uśmiechać, kiedy nadchodziła zima. Mróz wnikał do domu przez stare ściany, a zimny piec, w którym często nie było czym palić, był bezużyteczny. Z lasu znikały jagody, maliny i grzyby, a zniszczone buty nie chroniły stóp przed zimnem. Rodzice Janka chwytali się wtedy każdej okazji, by zarobić, a syna prosili o opiekę nad młodszymi dziećmi. Janek jednak niechętnie zostawał w domu. Zawsze wydawało mu się, że może zrobić więcej i pomóc inaczej jak tylko wycierając zakatarzone noski i dzieląc na okruszki kromkę chleba.
Pewnej nocy, kiedy wszyscy już spali, Janek wymknął się z domu. Był styczeń. Na niebie między chmurami gwiazdy wyglądały, jakby były na wyciągnięcie ręki, a śnieg skrzył się pod nogami chłopca. Było pięknie. I strasznie, strasznie zimno. Żeby nie zmarznąć, chłopiec pomaszerował szybko przed siebie. Nie wiedział, dokąd idzie – cieszył się pięknem tej mroźnej nocy. Nie przypuszczał nawet, co mu ona przyniesie…

Nie minęło dużo czasu, a ręce zdrętwiały Jankowi z zimna. Stopy pewnie też, ale nie czuł tego, bo buty przemokły chwilę po wyjściu z domu. Zerknął przed siebie i postanowił: „dojdę do tej szopy na końcu ulicy i zawracam”. Nie miał pojęcia, że obserwują go dwie pary oczu. Gdyby nie przyglądał się gwiazdom, może zauważyłby ślady na śniegu. Gdyby miał porządne buty, może hałas zagłuszyłby kichnięcie, które usłyszał. Niestety żadne „gdyby” nie pomogło Jankowi. Jeden ze złodziei kichnął nad skrzynią pełną złota. Drugi zaklął paskudnie, a kiedy wyprostował się, żeby sprawdzić, czy mały włóczęga na ulicy ich nie słyszał, zobaczył Janka w drzwiach. Chłopiec zamarł. Patrzył wielkimi oczyma na skrzynię, z której wysypywały się skarby. Nigdy w życiu nie widział złota z tak bliska! Ocknął się, kiedy poczuł, że wielkie łapska zatykają mu usta. Zaczął się szarpać, próbował krzyczeć i kopać, udało mu się nawet ugryźć jednego z bandytów, kiedy nagle stracił przytomność.
Chłopiec próbował otworzyć oczy. Nie wiedział, czemu tak mu ciężko. I czemu tak strasznie boli go głowa. Powoli, bardzo powoli podniósł powieki. Jest w lesie. Jest noc, ale wszystko widać! No tak – jest pełnia, chmury odsłoniły księżyc. Co to za miejsce? To chyba ta polanka, na której w lecie zbierali jeżyny. Rośnie na niej dąb. Właśnie do tego dębu Janek jest przywiązany. Powolutku przypomina sobie, co się wydarzyło. I uświadamia sobie, że jest zupełnie sam w środku lasu, nikt nawet nie wie, że wyszedł z domu i, najgorsze, że jest potwornie zimno.

Janek zupełnie nie czuł stóp. Siedział pod drzewem na śniegu, przez jego pierś przebiegały zwoje sznura, którym przywiązano go do pnia, a on w ogóle nie czuł, że mu zimno. To było dziwne. „Może po prostu mróz odpuścił?” – pomyślał chłopiec. Ale wszystko wyglądało, jakby to nie była prawda. Janek przekonał się o tym, kiedy wziął głęboki wdech, żeby zawołać o pomoc. Lodowate powietrze aż kłuło w gardło, a chłopiec nie odważył się więcej krzyknąć. Siedział spokojnie pod drzewem, kiedy zaczął sypać śnieg. Siedział również wtedy, kiedy pod białym puchem zniknęły wszystkie ślady, nawet jego postać.

Rano zaniepokojeni rodzice szukali syna, w południe dołączyli do nich już wszyscy mieszkańcy wsi. Janka jednak nie było. Jedynym efektem poszukiwań był mały pożar. Ktoś nieostrożnie postawił lampę na progu starej stodoły na końcu wsi. Ogień błyskawicznie strawił całą ruderę. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Ludzie odetchnęli z ulgą: do tej szopy nikt nie zaglądał w obawie, że zawali mu się na głowę. Teraz nie stanowiła już zagrożenia. To było jednak marne pocieszenie. Janek się nie znalazł.
Dni mijały, łzy płynęły coraz rzadziej, a mały wesoły Jaś o złotym sercu pozostał w pamięci mieszkańców Tanowa. Nie wiedzieli, że Jaś nie odszedł. Co roku w styczniową noc, która zabrała jego ostatni oddech, spaceruje ulicami Tanowa. Przygląda się starym domom, wspomina ludzi, którzy kiedyś tu mieszkali, a potem w miejscu, gdzie stała stara szopa, sprawdza, czy przypadkiem nikt nie znalazł zakopanego tam skarbu. Martwi się, że tak jak jemu może komuś przynieść nieszczęście.

 

Legendę opracowała

1 Tanowska Drużyna Harcerska "Sokoły"

Joomla templates by a4joomla